Dysleksja i inne weneryczne choroby mózgu

Dysleksja to straszne słowo. Budzi we mnie lęk jak epilepsja, narkolepsja, anoreksja i inne sje. Ale jednocześnie jest czymś w rodzaju bytu wyższego, bo mimo tego, że w mniejszym czy większym stopniu podlega rozpoznaniu i tak ma wymiar bardziej duchowy niż naukowy, jak wynika z moich obserwacji, bo większość ludzi w nią po prostu nie wierzy.

Ortografia to inny mój faworyt. Wszechmocna, wszechwładna, niewzruszona, zimna suka. Sądzi i każe i każdy się jej boi (każdy wyznawca dysleksji). Jest bezwzględna dla znaczenia słów, pisanych na kolanie opowiadań i uczniowskich zeszytów. Była od zawsze moją zmorą. Jest niewyjaśniona jak kręgi w zbożu i niepojęta jak Trójca Święta.

Te dwa słowa są jak religie (dysleksja bardziej bo w ortografię każdy wierzy) bo obie mają swoich wyznawców. Między tymi religiami panują bardzo skomplikowane stosunki. Ortografia jest religią panującą i jako taka ma pewne przywileje, a jej namaszczeni wyznawcy (poloniści) mają szczególne uprawnienia. Natomiast wyznawcy dysleksji są jak chrześcijanie w krajach islamskich, poważnie („wspaniałe opowiadanie, byłaby 5 ale tyle błędów (tutaj należy wyobrazić sobie wzrok karcący i pełen rozczarowania i pomnożyć razy setki przypadków) DWÓJA” – no i jeszcze marsz do biurka nauczycielki jest jak marsz wstydu z Gry o Tron).

Wiem, że osobom, które nie mają problemu z pisownią trudno jest sobie wyobrazić, że ktoś notorycznie nie jest w stanie pisać poprawnie. Przecież są zasady no i przecież czy w domu czy w pracy czyta się lub pisze, a to w pewnym sensie kwestia wprawy. Nie mam żadnego dowodu żeby przekonać was że dysleksja istnieje. Ale wiem, że mimo nauki zasad i miliona wyjątków, mimo czytania wielu tekstów i tak robię błędy. Ok, pewnie robię ich mniej niż gdybym nie znała zasad i nie czytała, ale patrząc na przyrost zdolności poprawnego pisania do ilości przeczytanych książek to nie starczyłoby na świecie powieści by nauczyć mnie poprawnie pisać. Tak naprawdę dysleksja nawet mnie zadziwia, bo zdarza mi się znajdować błędy w tym co sama napiszę, albo zdarza się, że wydaje mi się że wiem jak coś napisać, ale potem gdy to czytam okazuje się że i tak zrobiłam błąd. Albo chcę napisać jakiś wyraz i niby znam zasadę jaka ma zastosowanie w jego przypadku, ale i tak nie umiem jej zastosować. Zdarza się też, że po prostu zamieniam kolejność liter. Raz w oficjalnym piśmie zamiast „swoich placówek” napisałam „sowich palcówek”, więc ta przypadłość bywa kłopotliwa. Jest trochę taką niemocą umysłową.

No ok zdarza się, możliwe że ktoś może mieć trudności z pisaniem, ale to chyba nic takiego, są gorsze rzeczy. Oczywiście że są gorsze rzeczy, ale wbrew pozorom brak umiejętności poprawnego pisania to bardziej złożony problem i niestety stygmatyzuje bardziej niż może się wydawać. Prześledźmy sprawę od początku. Czego najpierw dzieci uczą się w szkole? Pisać. Tak, pisać. No więc już na samym początku masz świadomość, że nie opanowałeś podstawowej umiejętności. Wiecie jakie jest najbardziej znienawidzone przez dyslektyków słowo? Dyktando. Ale do dyktanda można się przyzwyczaić. Wiadomo, że ma na celu sprawdzenie tylko umiejętności poprawnego pisania i stosunkowo szybko można się pogodzić z tym, że zawsze dostajesz 1. Trudno, takie życie, takie zasady. Ale już trudno jest przyzwyczaić się, że oceny z innych sprawdzianów (nawet z innych przedmiotów), oceny za wypracowania są obniżane z powodu ortografii. Dawniej ortografia nawet mogła być powodem niezdanej matury! Pamiętam jak na zakończenie podstawówki Pani Od Polskiego poprosiła, żebym została po lekcji i powiedziała mi wtedy, że zapamięta mnie, moje wypowiedzi i opowiadania do końca życia, ale nie postawi mi 6 bo robię straszna błędy i gdyby postawiła mi 6 czułaby, że nie jest to uczciwe. Naprawdę bardzo mi to pomogło, wcale nie mam dzięki temu obawy przed pisaniem (prawdopodobnie Pani Od Polskiego miała rację – ortografia jako jedna z umiejętności ocenianych w ramach języka polskiego może mieć wpływ na ocenę końcową, również to że wyjaśniła mi swoje powody było dla mnie cenne, ale mimo wszelkiej logiki i racjonalności jako 13letnia dziewczyna czułam po prostu rozczarowanie).

Ponadto każdy z kim się zetkniesz poprzez pisemny kanał komunikacji ma cię od razu za idiotę (teraz dzięki słownikom w autokorekcie już mniej, no chyba że zamienisz słowo na inne istniejące słowo jak z tymi sowimi palcówkami). No i jeżeli masz jakiekolwiek plany związane z pisaniem i masz problemy z poprawnym zapisem słów to raczej słabo.

Chcę podkreślić, że nie mam nic przeciwko językowi polskiemu rozumianemu jako „zjawisko” ani jako językowi polskiemu jako przedmiotowi w szkole. Przeciwnie język polski jest piękny, elastyczny, melodyjny i przewspaniały. Uważam, że powinien być czymś w rodzaju religii. Jestem w stanie wyobrazić sobie, że aby taki był niezbędne jest określenie pewnych zasad pisowni. Prawdopodobnie należy uznać, że ortografia jest potrzebna, ale w mojej ocenie przypisuje się jej zbyt duże znaczenie. Ponadto często nie jest traktowana jako osobna zdolność czy umiejętność ale łącznie z innymi językowymi talentami i w wielu przypadkach wychodzi na pierwszy plan.

Za to uwielbiam słowotwórstwo.

Odkąd mój syn zaczął mówić poważnie zastanawiam się nad nazwami, słowami i ich znaczeniami. Odkąd usłyszałam o ptaszożerach, białędziach i kwaczkach ich oryginalne nazwy przestały mieć dla mnie właściwe znaczenie i wręcz wydają mi się nudne, albo bez polotu. Na przykład gdybym załóżmy zaczynała naukę naszego języka i ktoś podałby mi cztery obrazki z różnymi gatunkami ptaków i powiedział: wskaż łabędzia, możliwe że nieznając tego słowa nie umiałabym wskazać właściwego zwierzęcia, ale gdybym została zapytana o białędzia pewnie wskazałabym wielkiego białego ptaka(jeśli na pozostałych obrazkach nie byłoby bociana pewnie zdałabym test). Albo dlaczego skoro kaczka jest kaczką to kwacze a nie kacze? Albo czy z PIWOnii robi się piwo? Mój syn tak uważa i trudno odmówić logiki jego wywodom.

Przez współwystępowanie u mnie dysleksji i słowotwórstwa często słowotwórstwo było mylone z błędami i bezdusznie eliminowane przez straż polonistyczną. Często też poprawia się dzieci gdy przekręcą jakieś słowo, pewnie sama nie raz to robiłam. Czasem bardzo mnie zasmuca jak słowa szybko umierają. Słowa… pomysłowość… wyobraźnia… pewność siebie…

Nie pozwólmy by białędzie umierały w ciszy…

2 Comments Add yours

  1. Izabela napisał(a):

    Witaj smama mam dysortografie. Od niedawna pisze bloga asperger24h.pl i wiesz jaka to dla mnie zmora. Trauma od rana jak tylko pomyślę o pisaniu posta.
    Trzymajmy sie my dziewczyny z DYS….:)

    1. porzuconehistorie napisał(a):

      wiadomość o tym, że inni też walczą z tą przypadłością i też piszą jakoś tak mnie pociesza…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *