Ksiądz Piotr

Ksiądz Piotr miał 74 lat i w tamtym czasie rezydował w Nałęczowie – małej miejscowości na Lubelszczyźnie. 10 lat temu został tu przeniesiony ze swojej parafii, w której był proboszczem i od tamtego czasu nigdy nie opuszczał Nałęczowa. Początkowo czuł się tu nieswojo, nic tu nie przypominało mu miejsca, w którym spędził większość swojego życia, ale Ksiądz Piotr wiedział, że od niektórych wydarzeń nie ma odwrotu. Świadomość tego, że coś zostało raz na zawsze przekreślone pomogła mu się odnaleźć tu na Lubelszczyźnie gdzie, jak z czasem zaczął zauważać, słońce świeciło dłużej, deszcz padał obficiej, ziemia pachniała intensywniej, płody ziemi kwitły urodzajniej, a przy tym ciszej i spokojniej. 

Ale  tym co pomogło Księdzu odnaleźć stabilizację była spowiedź. Nie własna spowiedź, ale wysłuchiwanie czyjejś spowiedzi. Spowiadanie. Jako młody ksiądz nie lubił tego obowiązku. Wysłuchiwanie zwierzeń osób, które znał mniej lub bardziej, a nawet tych których nie znał wcale było dla niego krępujące i nieprzyjemne. Jeszcze bardziej krępujące było dla niego wymierzanie pokuty. Nie wiedział jaki powinien być właściwy taryfikator, za jaki grzech daje się dziesiątkę różańca, a za jaki cały różaniec i to jeszcze tajemnicę bolesną. A może to też zależy od tego jak często spowiadający się przystępuje do tego sakramentu? Ksiądz Piotr nie wiedział i nie czuł się upoważniony do tego by o tym decydować. Kiedyś spowiedź kojarzyła mu się jedynie z zażenowaniem, wstydem i skrępowaniem. Ale teraz było inaczej. Teraz Ksiądz Piotr nie przepuszczał okazji do spowiadania. Nawet kiedy w pierwszy piątek miesiąca Proboszcz mówił, że można już wracać do parafii, Ksiądz Piotr siedział w konfesjonale do 20 czekając na jakieś skruszone nieboże. Ksiądz Piotr był uzależniony od spowiedzi. Nie od samego spowiadania, łaski przez którą Bóg odpuszcza grzechy, daru oczyszczenia, nie, nie. I nie od tej mistycznej strony konfesjonału, zawoalowanej, osłoniętej dębową krateczką, dającą moc albo chociaż jej pozory, nie. Rola Księdza w tym sakramencie w rzeczywistości wcale go nie interesowała. Był uzależniony od zawartości – od historii, które ludzie powierzali Bogu przez jego igielne ucho, od emocji, od uczucia, że jest częścią tajemnicy. Od widoku prawdziwej skruchy, od gorliwego postanowienia poprawy, choćby miało następować co miesiąc, od smutku, od poczucia opuszczenia czy nawet upadku i od rutyny, znudzenia, recytowanego wyznania grzechów, które już znał na pamięć, od wiary w pojednanie z Bogiem, od nadziei, a nawet od plotkarskich zapędów starszych pań, które miały w zwyczaju spowiadać się bardziej z cudzych grzechów, choćby te nie były zawinione lub nawet prawdziwe. Ksiądz Piotr czekał na pierwszy piątek jak jego parafianki na nowy odcinek M jak Miłość. Do tego stopnia zatracał się w tych historiach, że zdążało mu się w zapomnieniu lub roztargnieniu opowiedzieć jako anegdotę historię zasłyszaną w konfesjonale. Nawet podczas kazania. Czasem Ksiądz Piotr nagle orientował się co robi i potem nie mógł spać przez kilka dni w obawie przed konsekwencjami, w obawie że znowu będzie musiał się przenosić. Jednak nigdy nic się nie wydarzyło w następstwie tego gadulstwa. Osoby, których tajemnice ujawniono nie miały zamiaru nikogo wyprowadzać z błędu dowodząc, że opowieści te były prawdziwe i co więcej, że to one były bohaterami tych rewelacji. Działo się wtedy coś jeszcze innego. Bohaterowie zaczynali się zastanawiać: “a może to wcale nie dotyczy mnie”, “nie, na pewno nie, musiał mówić o kimś innym”. Tak więc spowiedzi te przechodziły do jakiegoś innego symbolicznego i nieprawdziwego świata.

I tamtego dnia, w kolejny pierwszy piątek miesiąca, siedząc w konfesjonale czuł już dreszczyk emocji i niecierpliwość. Były pierwsze dni wiosny i w kościele otwarto okna, przez które do środka wdzierał się śpiew ptaków i chłodny wiosenny wiatr. Nie wiadomo czy to przez oczekiwanie pełne napięcia czy też za sprawą tego wiaterku Ksiądz Piotr dostał gęsiej skórki. Siedział w konfesjonale wdychając lekkie powietrze wypełnione zapachem pyłków, nasion i kadzidła, nasłuchując odgłosów zwiastujących spowiedź: kroków, skrzypnięcia drzwi, szelestów. Zbliżały się święta Wielkiej Nocy więc liczył na spory zastrzyk emocji co uczyniło te oczekiwania jeszcze bardziej nerwowymi, ale i radosnymi. Na początku. Pogoda była przepiękna tego dnia i chyba sprawiła, że wiele osób zrezygnowało ze spowiedzi na rzecz spaceru, albo mycia okien co Ksiądz Piotr uzmysławiał sobie z każdą kolejną coraz dłuższą minutą ciszy. Początkowy zapał przeradzał się w zdenerwowanie, a nawet w rozczarowanie. Wiedział, że może liczyć na stałych klientów, którzy przychodzą co miesiąc i rzeczywiście większość z nich przyszła. Wysłuchał standardowych spowiedzi, dowiedział się na jakim etapie są parafialne romanse i zdrady, kiedy spowiadał Wójtową myślał, żeby zagrozić jej, że jeżeli za miesiąc znowu będzie spowiadała się z grzechu cudzołóstwa popełnionego z tym samym mężczyzną to nie da jej rozgrzeszenia, ponieważ nie ma postanowienia poprawy, ale wiedział, że skutkiem będzie tylko zatajenie grzechu przy następnej spowiedzi, więc zrezygnował, dał jej tylko bardziej srogą pokutę. Kilka mam przyprowadziło swoje dzieci, które w zeszłym roku przystąpiły do komunii z ich niewinnymi postępkami. Ksiądz Piotr uwielbiał te dzieci, te spowiedzi były prawdziwe jak żadne inne, ale tak samo jak były prawdziwe były też naiwne. Te dzieci były przekonane o tym, że te straszne uczynki, których się dopuściły są strasznymi grzechami, które wtrącą je do piekieł, podczas gdy w oczach księdza Piotra wydawały się bardziej aktami uwielbienia(same uczynki jak i młoda skrucha). Ksiądz Piotr pamiętał czasy kiedy w pierwsze piątki kościoły pękały w szwach, ale nie wspominał ich z żalem. Po pierwsze dlatego, że w tamtym czasie nie lubił spowiedzi, o czym była już mowa, a po drugie dlatego, że te spowiedzi stały się tym bardziej cenne, a szacunek do osób spowiadających się większy. Inni Księża narzekali na te „klepane” spowiedzi, ale nie Ksiądz Piotr, Ksiądz Piotr dostrzegał ich wartość. Ksiądz Piotr szanował osoby, które w tych czasach co miesiąc znajdowały czas na pojednanie z Bogiem, choćby to wynikało z przyzwyczajenia. Jednak tym razem te comiesięczne spowiedzi nie zaspokoiły księdza Piotra. Spodziewał się czegoś więcej, sam nie wiedział czego. W każdym razie siedział w konfesjonale trochę jakby nieobecny nie widząc skąd nagle wróciło uczucie pustki. Takiej pustki która przychodzi bez zapowiedzi i obezwładnia jak antyterrorysta. I wtedy, gdy stali goście tego przybytku już dawno poszli Ksiądz Piotr usłyszał najpierw nieśmiały zgrzyt klamki, a potem ciche i miarodajne jak cieknąca w nocy woda z kranu stukotanie damskich obcasów.

Dźwięk kroków ustał na moment razem z dźwiękiem ptasiego śpiewu, razem z całym światem, tak się przynajmniej wydawało Księdzu Piotrowi. Przez szparę w dębowej kratce osłoniętej woalem zobaczył tajemniczą kobiecą postać oddaloną 5 kroków od konfesjonału. Postać ta była średniego wzrostu o naturalnych proporcjach i stała dłuższą chwilę wyprostowana. Ksiądz Piotr nawet nie próbował dopasować kształtu tego cienia do znanych mu osób od razu wiedział, że nigdy nie spowiadał tej zjawy. Potem postać zrobiła tych 5 brakujących kroków tak samo nieśpiesznie jak poprzednio i uklękła prawie bezszelestnie. Ksiądz Piotr dojrzał niewyraźnie pochyloną twarz i poczuł lekki zapach perfum przywodzący na myśl wspomnienie górskiego strumienia. Próbował określić wiek w jakim mogła być kobieta i doszedł do wniosku, że ma między 26 a 45 lat.

– Ostatni raz u spowiedzi świętej byłam – westchnęła cicho, a jej głos wydał się wtedy delikatny – tydzień temu.

Na dźwięk tych słów Ksiądz Piotr poczuł dreszcz zwiastujący, że to będzie ta spowiedź na którą dziś czekał. Czuł się jak dziecko, które w dniu urodzin pod papierem w kolorowe misie odkrywa duże pudełko ciastek – niby fajny prezent, kto by nie chciał pudła ciastek?, ale to nie to samo co klocki lego, a po chwili okazuje się, że w pudełku zamiast ciastek są… klocki lego.

– W zasadzie to nie u spowiedzi, chyba nie, nie wiem. W każdym razie tamten ksiądz powiedział że to nie grzech, ale to chyba jednak sprawa ducha, a może jego braku.

– Braku ducha? Co ma Siostra na myśli? – ksiądz Piotr z trudem rozpoznał swój głos, który z przejęcia stał się o ton wyższy.

– Bo ja chyba nie mam uczuć.

Zapanowała krótka cisza. Krótka aczkolwiek stanowcza. Po chwili kobieta wypuściła powietrze nosem aż wydawało się że w jej płucach nie pozostała najmniejsza porcja tlenu. Tak jakby razem z tym powietrzem chciała zrzucić przygniatający płuca kamień.

– Tak mi się wydaje. Na przykład kiedy oglądam wiadomości i mówią o jakimś, dajmy na to trzęsieniu ziemi: setki ofiar, tysiące rannych, ludzie bez dachu nad głową – ja nic nie czuję. Kiedy musiałam uśpić psa, którego miałam 10 lat po prostu to zrobiłam, nawet nie zapłakałam, nie poczułam żadnej różnicy kiedy zamknął te swoje smutne ślepia. Kiedy przyjeżdżam koło miejsca wypadku nie przyglądam się, nie dla tego, że się brzydzę tylko zwyczajnie jest mi to obojętne. Kiedy zmarł mój dziadek przyjęłam to po prostu do wiadomości, był stary i tyle. Nie wzruszają mnie małe dzieci ani nawet kotki. A kiedy w grze o tron zmarł Oberyn Martel pomyślałam tylko, że to ciekawie wpłynie na fabułę. Jedyne co czuję to to, że jestem w środku pusta. Albo raczej mi się tak wydaje. Nie rozumiem czym jest żal czy współczucie. Chyba powinnam coś czuć. Sama nie wiem. Czy to źle?

– A czy to powoduje że Siostra robi coś… złego?

– Nie wiem czy złego,  ale robiłam różne rzeczy żeby sprawdzić czy coś poczuję, gdzie jest granica, czy jest coś co mnie poruszy. Czy może coś spowoduje, że otworzy się we mnie worek z uczuciami. Czy coś we mnie jest tylko czeka na przebudzenie. Ale nie zrobiłam nic ponad to co robią ludzie uważający się za normalnych choćby z wyrzutami sumienia. Nie mówię że nikogo nie zraniłam albo że nie było to źle lub chociaż właściwe, ale nie zrobiłam nic jakby to powiedzieć … definitywnego, nic od czego nie byłoby powrotu.

– Jeśli znajdziemy się na nieznanej drodze należy polegać na znakach, dzięki którym odnajdziemy właściwy szlak i unikniemy niebezpieczeństwo. Pan jest jak dobry pasterz trzeba tylko pozwolić mu się prowadzić i ufać.

– Che ksiądz powiedzieć że jeśli będę przestrzegać przykazań to dostąpię zbawienia?

– Nie, tego nie wiem. Po prostu myślę, że trzeba to przetrwać i nie tracić nadziei. Może to przyjdzie z czasem, a nawet jeśli nic już Pani nie poczuje, będzie miała Pani przekonanie, że robiła Pani co trzeba. Poza tym, nie wiem czy to takie złe nic nie czuć. Na pewno wiele emocji jest wartych przeżycia, ale z drugiej strony są emocje, które potrafią rozdzierać duszę na kawałki. Są też takie emocje, których nie można nazwać dobrymi jak zazdrość i zawiść, których z całą pewnością nie warto przeżywać i które oddalają nas od Boga. I tak mówią, że miłość uskrzydla, przyjaźń daje pocieszenie. Pani nie pocieszy i nie uskrzydli, ale też nie oślepi Panią zazdrość, nie zwiedzie Pani chciwość. Może jest w tym jakiś plan, jakaś rola. Może dzięki temu będzie Pani potrafiła dostrzec istotę rzeczy.

– Jakiej rzeczy?

– Jakiejkolwiek, nie wiem, choćby najmniejszej. Bardzo często emocje powodują, że odbieramy rzeczy takimi jakie chcemy je zobaczyć, a nie takimi jakie są.

Zapadło milczenie

– No i myślę, że z Pani duchem nie jest źle.

– Co Ksiądz ma na myśli?

– Jest Pani tutaj, tydzień temu też była Pani u spowiedzi, to znaczy że Pani wierzy, nie wiem czy w zmianę czy w Boga, czy w jedno i drugie, ale wierzy Pani, ma Pani nadzieję.

– Czyli nie da mi Ksiądz rozgrzeszenia?

– Dam. Bóg dawno wybaczył nam, że jesteśmy niedoskonali. Od nas zależy jak radzimy sobie z tą niedoskonałością. Idź i ufaj.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *