Przezroczystość

Schowałam się przed deszczem w Witawie. Do domu miałam już niedaleko, byłam i tak cała mokra, wyglądałam jakbym weszła w ubraniu pod prysznic, więc może lepiej byłoby od razu pójść do domu gdzie mogłabym się przebrać i wysuszyć. Ale oprócz tego, że strumienie deszczu zamieniały się w niemal nieprzepuszczającą materii ścianę wiał okropny, zimny, północny wiatr. Tu w Gdyni wiatr nie jest niczym nowym, ale tym razem był bardziej zawzięty. Myślałam, że jest pewien stan kiedy osiąga się finalny stopień przemoczenia: włosy mokre jak po kąpieli, ubrania mokre tak, że nie przyjmą już żadnej ilości wody, wilgotna skóra pokryta gęsią skórką. I myślałam, że już nie może być mokrzej czy zimniej. Ale może. Wiatr wiał tak mocno, że wydawało mi się, że samo przemoczenie nie było jego celem. Chciał przeniknąć moją skórę i tam zasiać spustoszenie. W Witawie było mi mokro i zimno, ale przynajmniej ocaliłam swoją zawartość.

Pod ławką, na której usiadłam, zresztą jedną z niewielu w tym niby minicentrum handlowym, zaczynała się zbierać kałuża z deszczu, który teraz padał z moich ubrań. Potrzebowałam szybko odnaleźć jakieś źródło ciepła, ale nie mogłam opanować dygotania, ani odnaleźć w sobie potrzebnej do tego determinacji. Wtedy zauważyłam dziwnego faceta, który mi się przyglądał usiłując nieporadnie ukryć się za okrągłym filarem. Zorientował się, że został zdemaskowany, zrobił najdziwniejszą i najbardziej przerażoną minę na świecie i uciekł. Jego ucieczkę można by porównać do ucieczki dzikiego, bardzo niezgrabnego zwierzęcia przed drapieżnikiem. Trochę tak jakby kaczka ze zranionym skrzydłem próbowała uciekać przed lisem na piechotę. Ale to nie było ważne. To, że byłam mokra i zmarznięta też w sumie nie było ważne. Ważne było to co się stało. Ciągle nie mogłam w to uwierzyć. Nie mogłam nawet pozbierać do kupy wszystkich tych myśli by się zastanowić co dalej. Moje myśli przeskakiwały jak iskra w sianie. I to bolało jakbym w głowie rzeczywiście miała pożar.

– Proszę – usłyszałam nagle gdzieś w tym pogorzelisku.

Obok mnie siedział ten dziwny Kaczy Facet z ręką wyciągniętą w moją stronę, trzymającą styropianowy kubek z jakąś parującą cieczą.

– Proszę, to herbata.

Spojrzałam na kubek, potem na niego i znowu na kubek. W końcu wzięłam pojemnik w obie ręce i poczułam jak przyjemne ciepło przywraca czucie w palcach i powoli przenika dalej. Chyba nie powinnam przyjmować żadnych otwartych cieczy od nieznajomych Kaczych Facetów, ale w tamtym momencie nie miało to dla mnie znaczenia.

– Dziękuję.

Uśmiechnął się.

– Pani na pewno jest przemarznięta… ciepła herbata trochę rozgrzeje… proszę się napić, żeby się nie przeziębić.

Wzięłam łyk. Herbata była tak gorąca, że nie poczułam jej smaku, zapiekł mnie język i poczułam palenie w ustach, ale po chwili herbata dopłynęła do żołądka i moje dotąd skręcone jelita powoli się rozluźniły.

– Kim pan jest?- wyrwało mi się, przecież powinnam go zapytać o imię, albo po prostu siedzieć z gębą na kłódkę, ale nie wiem czy na skutek wyziębienia czy ostatnich zdarzeń opcja weryfikacji myśli przed przekonwertowaniem na słowa została wyłączona.

– W zasadzie nikim.

– To tak jak ja.

– Nie, pani nie rozumie, nie w takim sensie.

Spojrzałam na niego zdziwiona i on chyba zauważył to zdziwienie bo zaczął opowiadać, albo może zaczął opowiadać, bo sam tego potrzebował.

– Do niedawna miałem swój zawód i firmę- mówił – wszystko szło świetnie, a dziś właśnie zamknąłem firmę i teraz jestem nikim. Wczoraj byłem prywatnym detektywem a dziś jestem nikim. W pewnym sensie, żeby być detektywem trzeba UMIEĆ być nikim, ale ja już nie umiem być nikim i teraz po prostu ZOSTAŁEM NIKIM.

W ogóle nie pasował mi do roli prywatnego detektywa, był jak słoń w składzie porcelany, był przecież Kaczym Facetem.

– Byłem naprawdę dobry wie pani? -mówił dalej- To było jak powołanie i jak uzależnienie jednocześnie. Śledzenie, obserwacja, podsłuchiwanie… czasami to było mozolne, ale za to ta adrenalina… Takie polowanie na prawdę. Trzeba się było umieć wczuć w obiekt, przewidywać, nasłuchiwać – westchnął – umiałem być naprawdę niewidoczny, nigdy nie zostałem zdekonspirowany. Odkąd pamiętam zawsze byłem niezauważany przez innych. W szkole nauczyciele nigdy nie brali mnie do tablicy, ludzie często potrącali mnie przechodząc obok, z dziewczynami też mi nigdy nie szło. Aż w końcu odkryłem jak mogę to wykorzystać i ta obojętność już mi nie przeszkadzała. Odwrotnie, jeszcze nad nią pracowałem i wiele dla niej poświęciłem. Nie założyłem rodziny, nie zawierałem przyjaźni bo wtedy byłbym kimś. Przynajmniej dla kogoś. A teraz ją straciłem. Straciłem przezroczystość.

Zapadło milczenie, on chyba na chwilę utknął gdzieś w przeszłości, a ja nie wiedziałam co się dzieje i co powiedzieć. Czy w takiej sytuacji w ogóle można coś powiedzieć? Nagle jego wyraz twarzy nabrał zawziętości i zaczął opowiadać dalej:

– To się działo stopniowo. Na początku były pojedyncze przypadki, myślałem że to zmęczenie, albo przepracowanie. Potknięcia, głośne kichnięcia, zdarzało mi się upuszczać lornetkę. Ale pracowałem nad tym, wkładałem w to wiele wysiłku, musiałem być bardzo skoncentrowany, zawsze się pilnować, ale potem to przestało wystarczać. Ludzie zaczęli mnie zauważać, rozpoznawać kiedy pojawiałem się kilka razy w tym samym miejscu. Wcześniej nikt mnie nie poznawał, nawet sklepowa w piekarni gdzie kupuję pieczywo codziennie od 20 lat. A teraz sąsiedzi mi się kłaniają, a sklepowa już nie pyta co podać tylko na mój widok pakuje do siatki cztery bułki poznańskie. Już nie jestem przezroczysty. Dziś zamknąłem biznes. Może mógłbym przyjąć jeszcze kilka zleceń, teraz dzięki technologii nie trzeba podchodzić tak blisko, czasem w ogóle, ale to nie to samo. No i ten strach przed ujawnieniem. Nie mogłem pozwolić na kompromitację, wtedy to wszystko straciłoby sens.

Zapadła cisza i nawet tu słychać było wycie tego okropnego wiatru. Zły dzień na zamykanie biznesów, zły dzień na rozstanie.

– Przykro mi -powiedziałam- ale może to szansa. Skoro nie jest pan i nie musi już być przezroczysty to może czas na rodzinę, przyjaciół, życie. Jestem pewna, że pan sobie poradzi, ma pan przecież takie doświadczenie. Może pan być konsultantem, albo przeprowadzać szkolenia.

Pokiwał głową

– Pewnie tak, pewnie to tylko kwestia… zaakceptowania zmiany. Miło, że pani tak wierzy we mnie, pani też powinna.

– Co powinnam?

– Uwierzyć w siebie.

7 Comments Add yours

  1. ProstooFinansach napisał(a):

    Bardzo dobry tekst. Super się czyta 🙂 Poproszę o więcej.

  2. beataherbata napisał(a):

    Ciekawe i prawdziwe. Czy to kobiety lubią się tak zaciągać smutkiem? niekiedy mam podobnie 🙂

    1. porzuconehistorie napisał(a):

      Wszystkie emocje uzależnieniają, smutek też

      1. beataherbata napisał(a):

        oj emocje uzależniają mocno, to fakt 🙂 zapraszam do mnie, piszę od niedawna publicznie 🙂 pozdrawiam beataherbata.pl

  3. zaczytanywksiazkach napisał(a):

    Spodobało mi się to opowiadanie, jednakże ja dodałbym kilka dodatkowych wątków. Ale ogólnie podoba mi się i zostanę z owcą na dłużej 😉

  4. myslobook.pl napisał(a):

    Lubię smutek w odpowiednich ilościach, lubię przemoknąć, lubię niedopowiedziane historię, pozostawiające mnie w zawieszeniu, z przestrzenią na dopowiedzenie sobie kilku zdań… Twój blog jest mi bliski, a szczególnie to, co napisałaś o sobie. Piszę od niedawna, chociaż miałam i wciąż mam te same wątpliwości, co Ty. Pisz dalej. Jestem tu i czekam na więcej 🙂

    1. porzuconeHistorie napisał(a):

      Dziękuję, ten komentarz bardzo mnie ucieszył, chciałam żeby ten tekst właśnie taki był i cieszy mnie, że jest taki dla Ciebie. Bardzo mi miło, że ten blog jest Ci bliski, to wiele dla mnie znaczy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *